Bajki

"Bąk i stonka"

W strąku bobu mieszkał bąk.
Bąk żył z pracy własnych rąk.
Przyleciała raz doń stonka.
- Chciałabym mieć męża bąka.

- Ja zapylam wszystkie pąki,
a ty tylko zbijasz bąki!

Bąk pod nosem sobie bąknął:
Nie chce schodzić się ze stonką.
Małżeństwo ze szkodnikiem
wielkim byłoby ryzykiem.

 


 

"Kot i myszka"

Czyniła myszka zarzut kotkowi
- Po co kocurze myszy wciąż łowisz?
Była uprzejma i bardzo miła,
więc wyjaśniała i tłumaczyła:

- Zostaw w spokoju te biedne rybki,
bo możesz dostać jakiejś wysypki!
Przecież to, kocie, skrajna głupota!
Chcesz kogoś złowić? Złów kaszalota!

Role by wówczas się odwróciły.
Taki kaszalot, kocie, mój miły
z pewnością zjadłby ciebie ze smakiem,
bo nie jest rybą, lecz morskim ssakiem.

Daj spokój rybkom, ptakom i myszom.
Niech się nie boją, jak cię usłyszą.
Mówiła rolą bardzo przejęta.
- Może wyjątek zrobisz choć w święta?

Tak się zziajała i zasapała,
że aż zadyszki mysiej dostała.
A gdy złapała myszka zadyszkę,
kot się nachylił i pożarł myszkę.

 


 

"Krecik ze Śląska"

Posłuchajcie, drogie dzieci,
gdzieś na Śląsku mieszkał krecik,
co w kopalni węgiel kopał,
by nie zbrakło go na opał.

Super szybkim był krecikiem,
a jak kopał kilofikiem,
to najbardziej muskularni
szans nie mieli z nim w kopalni.

Drogie dzieci, nie ma mowy,
nawet kombajn chodnikowy,
który pracy nie przerywał,
wolniej węgiel wydobywał.

Wciąż myślały tęgie głowy,
gdzie tu rozum, gdzie logika,
jak to - kombajn chodnikowy
jest wolniejszy od krecika?

No a krecik nie próżnował,
do Katowic zawędrował.
Tu natrafił na przeszkodę,
głową się uderzył w Spodek.

Później korytarzem wąskim,
przebił się na Stadion Śląski.
Był też w każdym zakamarku
chorzowskiego lunaparku.

We wszelakie wyrobiska
błyskawicznie kret się wciskał.
I choć pot mu z czoła spływał,
nie przerywał, wydobywał.

W wielu miejscach kret pracował.
Tu Sosnowiec, tam Dąbrowa,
w Zabrzu, Tychach, Mysłowicach,
w Rudzie Śląskiej i Gliwicach.
Był w Bytomiu i Czeladzi,
wszędzie sobie świetnie radził.

A po pracy kret starannie,
długi czas się kąpał w wannie.
Jednak efekt był wciąż marny,
bowiem kret był dalej czarny.

Dnia pewnego za krecikiem,
jechał konik z wagonikiem.
A gdy byli na zakręcie,
nastąpiło tam tąpnięcie.

Kret miał czuły słuch na drgania,
wybuch więc go nie zaskoczył.
Szybkim ruchem bez wahania,
umiejętnie w bok odskoczył.

W mig przekopał węgla zwały,
krzyknął: Koniu, jesteś cały?
Złap się mocno za mą dłoń.
-Dzięki, krecie - odrzekł koń.

Zatem, moje drogie dzieci,
uratował konia krecik.
I powiedzieć się ośmielę,
jest na Śląsku bohaterem.

Za zasługi dzielny Krecik,
dostał medal i bilecik.
Wsiadł w samolot z tym biletem
i poleciał. Gdzie?
Na Kretę.

 


 

"Żuraw z Gdańska. Plaża"

W Gdańsku mieszkał pewien żuraw,
co bez przerwy bujał w chmurach.
Wciąż opalał się na plaży,
marzył żuraw, ciągle marzył.
Dziwne było to ptaszysko,
bo w marzenia zmieniał wszystko.
Zamiast latać i żerować,
wolał żuraw fantazjować.

Już od dawna śnił i marzył,
być najlepszym wśród bramkarzy.
Nikt mu bramki strzelić nie mógł,
nawet bramkostrzelne Emu.
Błyskotliwą miał karierę,
był najlepszym golkiperem,
bo jak skrzydła rozprostował,
całą bramkę zamurował.

Chyba sam w to nie uwierzę,
przyszła raz mu myśl do głowy,
by najlepszym być tancerzem
i to jakim - baletowym.

Tańczył więc jak baletnicy,
i we Wrzeszczu, i w Letnicy,
a najczęściej pod Żurawiem,
w czasie rejsów po Motławie.

W całym Gdańsku ptak zasłynął,
bowiem z primabaleriną
pod bałtycką raz operą,
zatańczyli tak Bolero,
że ci, którzy to widzieli,
aż z wrażenia oniemieli.

Marzył żuraw, ciągle marzył.
Był najlepszym wśród ciastkarzy.
Miastu podarował w darze,
Sergdańszczyka - ciasto marzeń.

Miał na ciastka amatorów.
Nawet do Artusa Dworu
zamawiano Sergdańszczyka,
od żurawia - cukiernika.
Z jego zaś cukierni ciasto,
jadło prawie całe miasto.

Był w marzeniach ratownikiem,
służbę pełnił nad Bałtykiem,
czy to kraulem czy motylem,
W mig przepływał morską milę.

Nikt się kąpać nie obawiał,
gdy na posterunku siedział,
bo zapuszczał tak żurawia,
że mógł dostrzec nawet śledzia.

Innym razem był malarzem,
mistrzem pędzla był, geniuszem.
Wciąż malował gdańską plażę,
w porcie, stoczni, pod ratuszem.
Obraz nie mógł być bez plaży,
bo by żuraw przestał marzyć.

Kiedyś go spotkała foka.
-Czego bujasz wciąż w obłokach.
Aby życie swoje zmienić,
musisz ptaku się ożenić.

I faktycznie przestał marzyć,
bo gdy leżał tak na plaży,
nagle zauważył w chmurach,
przeuroczą Panią Żuraw.

Zatem szybko za nią ruszył,
zakochali się po uszy,
wzięli ślub w Gdańskiej Oliwie,
żyli wiernie i szczęśliwie.